niedziela, 6 maja 2018

Plaże Gwadelupy

Wybieramy się po plażach -odwiedzamy je kilka na Basse terre  oraz Grande Terre . Właściwie każdy dzień kończymy na plaży aby trochę odpocząć i chociaż nogi  zamoczyć .
Basse Terra jest uboga  w plaże większa część to kamieniste zabezpieczenie miasta niż plaże ale często  bulwary ciągną się przy oceanie gdzie można siedzieć i gapić się w turkusową wodę.
Plaże spotykamy od  Sante- Rose aż do  Deshaies. Znajdują się w  zatoczkach trzeba zjechać z głównej drogi aby do nich dotrzeć. Ale tu są wysokie fale i potworny huk wody co chwilami bardzo męczy . Ale za to są tu przepiękne zachody słońca.
                        Nie duża plaża z biało czarnym piaskiem , a w kamieniach znaleźliśmy kraby .
     Przystań w Sainte-Rose to można wynająć łódkę i zwiedzać wysepki .
      Plaże te najczęściej są o pięknym żółtym piasku , ciche i niewielką ilości plażowiczów.
Natomiast na Grande Terre  jest tą częścią Gwadelupy gdzie są dla mnie ładniejsze plaże.
O łagodnym brzegu osłonięta rafom więc tworzą naturalne baseny w których można do woli się kąpać , uprawiać wodne sporty. Tu się czujemy w tropikach.

Jedna z najładniejszych plaż uważana jest w Sainte-Anne o długim brzegu z palmami i dużą ilością  ludzi każdy skrawek zajęty.
Dla mnie najładniejsza plaża jest  w Le Gosier. Piasek biały , palmy  pod którymi znajdziesz cień , cisza.

To plaża przy naszym hotelu obserwujemy codziennie ja przy śniadaniu . To na niej nasza skóra przybrała na kilka dni kolor czerwony a byliśmy tylko 1 godzinę . Dobra rada smaruj się olejkiem do opalania.
     A ta kilka metrów od hotelu bardzo fajna plaża , z turkusowa wodą, małymi zatoczkami.
      Każdy tu znajdzie dla siebie miejsce najładniejsze


Muzeum kawy



Jedziemy do miasteczka VIEUX HABITANTS drogą N1 .Celem naszej podróży jest muzeum kawy.
Mamy mapy ale wciąż sie gubimy - od czego jest język. Przed wjazdem do miasteczka pytamy się pana z warsztatu samochodowego my po angielsku a on po fracusku  najlepiej wychodzi gestykulacja i wiemy na wyjeździe z miasta po lewo.
I co przejechany - nawrotka .
Bilet wstępu 6 euro .
Muzeum  malutkie znajdujemy tu początki uprawy kawy , przez zbiór i przeróbki.
Wiele maszyn i sprzętów.
Kawa w trakcje juz suszenia . Na tych platformach w słoneczne dni  suszy się a potem jest wsuwana pod budynkiem bardzo pomysłowe rozwianie .
A to już maszyny współczesne wiele pracy wykonują za człowieka.
Obok budynku znajduje sie ogród w którym znajdujemy drzewka : bananowe, kakaowca , pieprzu, i  oczywiście krzewy kawy.
Owoc kakaowca wygląda jak przerośnięta cytryna jest to gruba łupina w której znajdują sie ziarna.Zachodzimy do sklepu z czekoladą a obok możemy obserwować jak wyrabia się ręcznie tabliczki czekolady . Zaopatrujemy się czekoladę o różnych smakach oraz kakao.
Krzew kawy jeszcze chwila i będą owoce dojrzewać przybierają czerwony kolor.
Degustujemy kawę oraz kakao .  A przy okazji możemy sobie  odpocząć  w popołudniowym słońcu.
Wstęp 6 euro od osoby . Warto tam zajechać muzeum malutkie ale tu wszystko takie mini .

Muzeum Rumu

Karaiby słyną z rumu więc jak nie zwiedzić takiego muzeum i skosztować rum .
Muzeum znajduje się w miasteczku Vierd  w kierunku Sainte- Rose .
Docieramy tam bez przeszkody bo jest dobrze oznaczone.
Zwiedzanie zaczynamy od pola z trzciną cukrową. Tylko my tak robimy . W muzeum zobaczymy sprzęty do cięcia trzciny nie złe maczety . Używane tu do dziś. Prasy  do wyciskania , destylacji.
Na drugim pietrze znajduje się zbiór motyli, owadów  występujących na terenach obu ameryk i środkowej części .
kończymy zwiedzanie projekcją filmu o produkcji  czyli  posadzenia kawałka trzciny do  degustacji rumu oczywiście mamy  w języku angielskim co tu na Gwadelupie jest  rzadkością  oj kochają swój język.
Degustatorem jestem ja  bo Marek prowadzi .

Zwiedzamy jeszcze sobie co prawda prywatny ogród . I jedziemy poleżeć na plaży .
Warto zajrzeć tu na chwilę  np jadąc na plaże .

sobota, 5 maja 2018

Wodospad




Wybieramy się na wodospad mamy  w planie zaliczyć pierwszy największy 115 m chute du caibet     oraz drugi 110m  chute du Carbet  a trzeci zostawiamy na inny dzień. Dwa wystarczy. Droga do parkingu jest dosyć stroma i kręta. Docieramy  parking  to wyznaczone miejsca przy  poboczu drogi mamy malutki samochód więc się wciskamy. Musimy przeczekać bo zaczyna padać. Ruszamy do drugiego jest około 20 minut 1,5 km do przebycia , my go mijamy postanawiamy go zobaczyć w drodze powrotnej. Do pierwszego mamy do przebycia 3,5 km . Droga prowadzi przez las deszczowy częściowo są kładki co ułatwia  wchodzenie  ale chwilami wspinamy się po skałach gdzie nie gdzie są liny. Trzy razy  zmokliśmy  deszcz nas nie opuszcza w oddali słyszymy szumy zbliżamy się do rzeki którą trzeba przejść.
                                   Trochę żal tyle drogi i powrót.
 Woda jest wysoka nie ryzykujemy  przed nami parę osób też rezygnuje tylko nie liczni pokonują tę drogę. Wracamy 3 godziny marszu nami. A cel nie osiągnięty trochę żal. Zaglądamy na drugi wodospad.
                  Tu ma byc platforma na której można oglądać wodospad do niego nie można dotrzeć ale ta platforma to remontu dawno nie widziała i niestety nie można na nią wejść.

Dwa dni później robimy drugie podejście pogoda nam dopisuje pad w nocy. Znamy już trasę nie zatrzymujemy się na oglądaniu las. Że w nocy padało to droga jest mokro, błotnista trzeba bardzo uważać bo bardzo śliska. Idziemy powoli częściowo kładkami a kiedy kończą się idziemy po korzeniach drzew lub bokiem wyznaczając sobie własna trasę asekurując się lianami których nie brakuje, albo Marka ręką lub przytrzymuje się po prostu drzew i przy tym trzeba uważać bo nie wiadomo co się chwyci. Docieramy do rzeki  już jest tu spora grupa osób ale nie ma odważnego do przejścia , dziś można  przejść po kamieniach  przed nami schodzą dwie osoby dziewczyna wpada do wody. I powoli przy asekuracji Marka przechodzę na drugą  stronę , za nami już się odważają pozostali.
                                   Dziś przechodzimy rzekę .
Dalsza droga prowadzi pod górę jest wąska, błotnista chwilami kamienie
Docieramy do wodospadu słychać go już w oddali. To właściwe wodospady dwa .
Dla tego widoku warto było pokonać dwa razy te trasę .

Spędzamy godzinę. Czego ludzie nie wyprawiają na tym wodospadem.Woda jest bardzo zimna ,  odbija sie od skał moczy mi plecy - wycofuje się  na bezpieczną odległość bo jest mi  mokro na plecach i zimno. Co chwile część górnego wodospadu spowija mgła żeby znowu pokazać się mam w całej okazałości . Nawet przez dobrą chwile wychodzi słońce robi się ciepło i parno .
                Marek sprytniejszy jest.
                I prawie na czworaka ................

Powrotna droga mija nam szybko chociaż  teraz podziwiamy  roślinność i nadal brodzimy w błocie , przechodzimy strumyki które tworzą się po opadach .Docieramy do parkingu i teraz trzeba się doprowadzić do porządku bo w takim stanie nie można wsiąść do samochodu my już nauczeni doświadczeniem po wulkanie - mamy na wymianę bieliznę  , spodnie długie.
I jeszcze jedno sprzęt i telefony oraz dokumenty mamy w folij .
               Widok na wodospad ale już z drogi powrotnej .
Wodospad ten zasługuje na miano najpiękniejszego . 

piątek, 4 maja 2018

Ostatni wodospad


Wybieramy sie na 3 wodospad najmniejszy bo na tylko 20 m  ma być łatwy do zdobycia . I jak zwykle 3 km przez las deszczowy i według tablicy 1 ,35 minut ale coś mi się wydaje że wszystkie drogi są do przebycia w ciągu 1,35 minut. Opracowaliśmy własny sposób na drogi po Gwadelupie  sprawdzamy w internecie i je nanosimy na mamy dzięki temu nie błądzimy.

Docieramy do parkingu i jak zwykle zaczyna padać przeczekujemy ulewę i ruszamy.
Zapowiada sie nie źle droga jest kamienista idziemy tak około 10 minut .
I tu kończy się dobra droga i  pogoda zaczyna lać i tak już przez całe 2 godziny.
Mimo to robimy zdjęcia i brodzimy w błocie.


Chwilami mamy dosyć. Na potykamy ludzi juz w powrotnej drodze odradzają  nam dalszej drogi , trudna. przez opady. Czasami musimy przechodzić przez płynące potoki.
Ale już więcej się nie wybierzemy więc brniemy dalej co za różnica i tak już mokrzy.
PO około 2 godzinach słyszymy głos wodospadu.


Mamy do przebycia 10 minut drogi ale chyba najtrudniejszej.  Czekamy chwilę  aby dwoje ludzi wdrapało sie na górę . I my teraz po linie schodzimy powoli na dół. Jak by powiedzieli alpiniści mamy okno pogodowe na chwile przestaje padać i są przebłyski słońca.
To najmniejszy wodospad ten w którym wszyscy chętnie się kąpią ale dziś nikt sie nie odważył.
Huk spadającej wody ma coś z grozy. To tu można poczuć siłę wody.Ale jest jakaś magia w niej wodospadzie stoisz i  wsłuchujesz się.
Wodospad przybrał na swej sile bo ulewy są już od kilku dni.
 Czas wracać tym bardziej że dobrą chwile jesteśmy sami wszyscy przed nami wyruszyli w powrotną drogę.

Jeszcze raz  spoglądamy na wodospad i zaczynamy się wspinać .
Droga powrotna jest o tyle łatwiejsza że nie pada ale brniemy prze błoto czasami musimy pokonywać strumyki , przechodzi po korzeniach drzew , cała uwagę skupiać na tym aby sie nie poślizgnąć bo to może spowodować wiele komplikacji.
A przy tym jeszcze podziwiam roślinność co spowalnia naszą drogę alę jak tu nie podziwiać tego co my many w doniczkach i takie miniaturki a tu okazałe drzewa i krzewy.
Docieramy do samochodu   schodzimy ze szlaku ostatni  przebieramy się w suche rzeczy  troche odpoczywamy , jemy i ruszamy. Oczywiście zaczyna padać a droga prowadzi przez małe wioski , pola bananowców .
Ale wart było tej męki aby podziwiać wodospad .
Czas to 3 godziny i 10 minut ale do wodospadu szliśmy w ulewie. Co odczuła najbardziej nasza kamera - w hotelu zadziałała . Już  telefony komórkowe i dokumenty pakujemy w foliowe torebki  najlepszy sposób.

środa, 2 maja 2018

La Soufiere


  


Celem nasze wycieczki jest wulkan La Soufiere . Od przyjazdu planujemy wejście na wulkan codziennie obserwujemy prognozę pogody aby wybrać jak najlepszy dzień . Hotel mamy w takim miejscu że codziennie przy śniadaniu możemy obserwować wulkan i  wciąż w czapie z chmur. Wybór wypada na poniedziałek według prognoz ma być to pogodny dzień .O 7 00 rano jesteśmy już w drodze, ale pogoda nie zapowiada się dobrze, zaczyna kropić. Docieramy pod wulkan już po pierwszym deszczu jest mglisto.  Według drogowskazu mamy pokonać trasę wciągu 1 h i 35 minut. Ruszamy z nadzieją że będzie może nie słonecznie ale przynajmniej bez deszczu ale to było tylko życzenie które szybko nas sprowadziło na ziemię.

Pierwsze 30 minut nie złe a potem właściwie pada cały czas drobniutki deszczyk a jak nie pada to idziemy w mgle . Jest promyk nadzieje wychodzi słońce tylko po to abyśmy zrobili kilka zdjęć.  Wulkan jest stale monitorowany  ponieważ on jest wulkanem czynnym ostatnia erupcja miała miejsce w 1974 roku dostrzegamy jedno z takich stacji. Pierwsza część drogi prowadzi do drugiego parkingu nawet nie zła, kilka metrów po płaskim i wchodzimy na dróżkę, wąsko, ślisko, chwilami kamienista, - przed nami kilkanaście osób co nas spowalnia każdy ma tam swoje tępo.
                   Jedyna chwila kiedy zaświeciło słońce - już go nie zobaczymy aż do zjazdu nad ocean a                       to kilka dobry godzin.
O to taka droga - deszcz pada więc jest ślisko trzeba uważać. Roślinność niska , karłowata i taka występuje na całe wysokości co daje dodatkowy urok wulkanowi, nie jest skalisty , czarny.
Deszcz pada coraz mocniej ale to jeszcze nic to co spotkamy na górze. Idziemy robimy zdjęcia coraz zimniej zmoczeni  powoli wdrapujemy się w górę.Za nami już dobre 2 godziny  a szczytu nie widać. Na szlaku jest mnóstwo ludzi czasami tylko w krótkich bluzeczkach zawinięci w ręczniki – to nie najlepszy strój na zdobywanie szczytu wulkanu. Docieramy zmęczeni  a tu niespodzianka dosyć że pada to jeszcze wieje , silny wiatr że ledwo co utrzymuję się  na nogach Marek mnie chwyta za rękę.Widoczność  prawie zerowa  część ludzi zawraca a my tyle  się namęczyliśmy  i teraz zrezygnujemy nie zobaczywszy krateru oj nie.  Tylko nasuwa się pytanie czy my coś zobaczymy ?
                                                Mamy 1467 m  szczyt zdobyty .
Powoli  posuwamy się do przodu idziemy po wyznaczonych słupkach  i głosami ludzi bo w tej mgle i ulewie nic nie widać jeszcze ten wiatr trzeba się trzymać aby nie polecieć. Docieramy do bunkra w który pełno ludzi chcą przeczekać deszcz, bunkier to pozostałość z prac na wulkanie jest tablica i zdjęcie ale spróbuj ja przeczytać. My powoli się przemieszczamy na przód mamy kurtki przeciw deszczowe ale one nie wytrzymały tej nawałnicy  jesteśmy przemoczeni do ostatniej nitki.

                   Jedyne wyznaczniki naszej drogi.
 I nagle przednimi ogrodzenie ,ciepło, zapach siarki  jesteśmy przy wulkanie , dotarliśmy jeszcze  musimy zejść  wąska dróżką niżej gdzie jest krater, to nie pada to  strumienie  wody na nas lecą a wieje jeszcze bardzie robimy zdjęcie jedno , drugie.  Żadnej radości tylko myśl aby jak najszybciej stąd uciec.. Aparat moknie -  zaraz będziemy wiedzieć czy wodoszczelny . W plecaku wszystko mokre mimo ze mam pokrowiec. 
                        Krater szkoda że w deszczu.
 I nagle dociera do nas że droga którą przyszliśmy to teraz strumień. Po przeciwnej stronie krateru jest niecka i widzimy ja szybko wypełnia się wodą jeszcze zdjęcie i w powrotną droga. Grupa przed nami idzie dalej my podejmujemy że wracamy tak jak przyszliśmy przynajmniej wiemy co przed nami. Widoczność nie poprawia się  ani na jotę.  Powoli wracamy przez strumień który był nie dawno drogą. Wiatr coraz silniej wieje ledwo utrzymuję się na nogach.  Co tu ukrywać mam pietra, nie bardzo wiemy jak wygląda  droga. 

Chcemy jak najszybciej zejść niżej to chociaż nie będzie dokuczał nam wiatr. Cała powrotna droga w deszczu , chwilami jest przed nam kilkanaście osób w taka pogodę to tu się dzieje jak jest dobra pogoda. Jedyne marzenie to dotrzeć do samochodu i się przebrać. Jak dobrze mieć na sobie suche rzeczy i jemy kanapki zabrane ze sobą a na zewnątrz wciąż pada i to zdrowo . To był  najbardziej deszczowy dzień a prognozy zapowiadały najładniejszy. Ludzi tez było dużo na szlaku. To nasza wyprawa na 3 wulkan ale po raz pierwszy w taka ulewę. Jest mi potwornie zimno mam nadzieje że się nie rozchoruję. Ale gdyby miała jeszcze raz  wejść to bym poszła jeszcze kilka dni będziemy może coś się poprawi.  Jedno jest pewne 1,35 h - to nie licz że wejdziesz  nawet przy pogodzie i tylu turystach. My potrzebowaliśmy ponad 4  godzin  na wejście i zejście. Wulkan zdobyty ale z takim  lekkim  niedosytem ,  zabrakło  chwili by się nacieszyć widokami  i tym miejscem.
zaskoczyło mnie widok dzieci w ręcznikach  jak trzeba być nieodpowiedzialnym .
zabierz z sobą dobre buty, przeciwdeszczowy kurtkę oraz humor  i w drogę .......nawet jak pada .






wtorek, 1 maja 2018

ZOO




Skracamy sobie drogę i jedziemy drogom prowadząca przez środek wyspy droga  nowa więc dobra. Szybka decyzja zajedziemy do ZOO.  Znajduje się w parku narodowym czyli w naturalnym  środowisku zwierząt   a to malutkie zoo  znajdują się tu małpy , pantera, papugi, i oczywiście  możemy oglądać roślinność. Ale największą atrakcja to wiszące mosty .
                                             puma - czarna 
                                          Lampart
                                            Krokodyl caiman - i są żywe wierzcie 

Koliberek co się go na polowaliśmy aby zrobić zdjęcie  lub go nagrać ale on szybki .
Ścieszka doprowadza nas na wiszące mosty prowadza dookoła zoo i każdy koleiny znajduje się wyżej. Co prowadzi nas na wysokość konarów drzew  i tak przechodzimy oglądają góry zoo oraz roślinność .Na mosty można wchodzić po 2 osoby a najlepiej w jednej osobie - i niestety za nami szli dwie osoby które w pewnym momencie weszli za wcześnie - jak pisze jedna to należy się stosować. ZOO jest malutkie ale znajduje się w parku więc mogły by być wybiegi dużo większe dla zwierząt, ma się uczucie że zwierzęta nie czują się tam dobrze. Woliery dla ptaków nie średnie wielkości a Ara chyba do lotu to potrzebuje przestrzeni. Mam nadzieje że się rozwinie to ZOO 
Bilet to koszt 14 euro za osobę .